SilesiaRunner.pl | XV Bieg Rzeźnika – cz. 1
778
post-template-default,single,single-post,postid-778,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,qode_grid_1300,hide_top_bar_on_mobile_header,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-13.8,qode-theme-bridge,disabled_footer_bottom,wpb-js-composer js-comp-ver-5.4.7,vc_responsive

XV Bieg Rzeźnika – cz. 1

Kiedy dowiedziałem się z maila, że z listy rezerwowej  wraz z żoną dostałem się na główną listę uczestników XV Biegu Rzeźnika, ogarnęła mnie euforia i radość, a zarazem zalała fala obawy i niepokoju. Ja, który w tym okresie jestem w przygotowaniach maratońskich, gdzie do końca maja statystyki zapowiadają ponad 1500 nabieganych km w 2018r. i Ola – moja żona, która od dłuższego czasu leczy rozcięgno podeszwowe, bez treningu od kilku dobrych tygodni, bez formy… Chwila zastanowienia i decyzja – poszukiwanie partnera. Poszukiwania nie trwały długo, bo wybór miałem jeden – Tomek Janusz (www.johnnierunner.pl) – prywatnie przyjaciel i mój trener, a sportowo 6 zawodnik w Mistrzostwach Polski w Maratonie w 2018r., młody talent biegów długodystansowych. Szybki telefon, pismo do organizatorów, wpłata wpisowego, rezerwacja noclegu i kwestie formalne mamy załatwione. Pozostał „jedynie” trening…

Ja, który z górami do tej pory nie miałem nic wspólnego i Tomek, który wygrywał niejedne zawody górskie zarówno w stylu anglosaskim jak i alpejskim. Mieszanka wychowa – istne T&T ! Mamy miesiąc na przygotowanie do debiutu w Ultra. Tomek zmodyfikował plan treningowy na tyle, że tuż po kwietniowym maratonie i chwilowym odpoczynku, maj zwiastował przywitanie z górami. Kilka wycieczek górskich, zawody w Biegu na Magurkę (podsumowanie maja znajdziecie TUTAJ), kilka rad od doświadczonych Ultrasów i… w drogę !

Wyjazd w Bieszczady zaplanowaliśmy na czwartek 31 maja, w który to nota bene wypadało święto Wielkiego Czwartku. Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem i pierwsze nasze kroki skierowaliśmy do Biura Zawodów, które znajdowało się w Cisnej. Tam odebraliśmy pakiety startowe, pstryknęliśmy kilka pamiątkowych fotek, pogadaliśmy ze znajomymi i udaliśmy się na zasłużony „odpoczynek” na miejsce kwatery. Aby jakoś się rozluźnić przed biegiem i oderwać myślami, wziąłem ze sobą telewizor, dwa pady, PS4 i… grę FIFA 2018. Zagraliśmy dwa mecze i stwierdziliśmy wspólnie, że dobrze będzie się najpierw spakować, przygotować ekwipunek do wyprawy, a potem spokojnie zagramy jeszcze „chwilkę”. Tak też się stało… Choć nie końca. Spakowani, odświeżeni zasiedliśmy do sportowej rywalizacji przed TV. Gra tak nas pochłonęła, że graliśmy do ostatniej chwili wyjazdu do Cisnej, skąd był zaplanowany wyjazd na start do Komańczy ! Umęczeni, bez minuty snu pojechaliśmy…

Noc była wyjątkowo zimna. Nasze wrażenie zrobił niekończący się rząd autobusów, oczekujących na transport zawodników na linie startu do Komańczy. Wsiedliśmy do jednego z nich i po chwili wyruszyliśmy. Minęło ok. 25 min. i byliśmy na starcie – ciemno wszędzie, brama startowa ledwo widoczna, pełno „świetlików” (biegaczy) w czołówkach i dźwięk bębnów, które zwiastowały nadchodzący moment wystrzału Mirka ze strzelby – 3… 2… 1… START ! Punkt godzina 3:00 rozpoczęliśmy naszą przygodę życia. Jako że standardem dla Tomka był start z „pierwszej” linii, tym razem nie mogło być inaczej. Spotkaliśmy naszych znajomych – Dominikę i Piotrka, z którymi razem ruszyliśmy. Początek był w miarę szybki, bo biegliśmy po asfalcie, a zaraz po nim zaczęły się płyty betonowe. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że prawdziwy Rzeźnik dopiero się zacznie… Minęły nam tak ok. 4 kilometry po twardej nawierzchni, ale profil prowadził tylko w górę i to coraz bardziej. Gdy dobiegliśmy do drogi nieutwardzonej, po kilku chwilach zaczęliśmy maszerować po to, aby już za chwile zacząć… kilkukilometrowe podejście przeplatane płaskimi odcinkami. Tomek praktycznie cały nasz pokonany dystans biegł pierwszy, a ja za nim. Płaskie odcinki staraliśmy się biec tak, jak tylko się dało. Tomek dobierał tempo dostosowane pode mnie, co chwila sprawdzając swoje plecy – „jesteś ?”. Oboje ustawiliśmy swoje Garminy tak, aby po spalonych 200kcal oraz co 15 min. informowały nas o potrzebie uzupełnienia kalorii oraz nawodnieniu. Okazało się, że mój zegarek informuje mnie o spalaniu kcal przy najmniej 2 razy częściej aniżeli zegarek Tomka. Niebawem zaczęło robić się jasno, więc ściągnęliśmy lampki czołowe i schowaliśmy do plecaków. Pamiętając rady doświadczonych ultrasów, co 4/5 kilometrów brałem 1x Saltstick caps, zawierającą sól oraz inne minerały. Nie chciałem przeżyć tego co było po 35 kilometrze na maratonie w Dębnie (relację możecie poczytać TUTAJ). Na zmianę piłem izotonik, który miałem w jednym z softflasków oraz wodę z bukłaka. Na pierwszym etapie biegu, czyli z Komańczy do Cisnej, obowiązywał zakaz używania kijów, tak więc podejście na pierwszym odcinku, mocno weszło w nogi. I tak sobie podążaliśmy „Galoweyem” (marszobieg) w kierunku Cisnej – raz wspinając się pod górę, raz maszerując, a innym razem biegnąc po możliwych ku temu odcinkach trasy.

Na ok. 17 kilometrze minęliśmy Przełęcz Żebak, gdzie był pierwszy pomiar czasu. Wtedy nasza przygoda trwała już (a właściwie dopiero) ok. 2 godziny, co dawało imponujące tempo na poziomie ok. 8,5km/godz. Jest dobrze pomyślałem – jakoś te kilometry lecą. Tuż za przełęczą zaczęło się kolejne podejście, ok. 5 km. Na ok. 23 kilometrze, zauważyłem, że Tomek lekko kuleje na lewą nogę. Powiedział, że boli go lewa łydka i kuleje nie z bólu, a z powodu świadomego odciążania tej nogi i że nic złego się nie dzieje. Przypomniałem sobie o jego niedawnej, drobnej kontuzji. Wtedy przeleciała mi myśl przez głowę, że być może już w Cisnej zakończymy naszą przygodę z Rzeźnikiem. Póki co maszerowaliśmy dalej. Zaczęło robić się ciepło, wstało słońce, ptaki zaczęły śpiewać, natura budziła się do życia. Po ostrej wspinaczce, przyszedł czas na zbieg. Z dziwnym utęsknieniem czekałem na koniec tego etapu, na przepak w Cisnej. Na 31km pokazała się droga asfaltowa, skąd razem z Tomkiem, równym krokiem biegliśmy na punk kontrolny. Dobiegliśmy – pierwszy sukces za nami ! Czas na Garminie wskazywał 4 godziny i 53 sekundy, a pokonany dystans ok. 32 kilometry. Jest za dobrze ! Średnie tempo 7`40/km. Słońce już wtedy dawało ostro popalić wszystkim zawodnikom. Wydawało nam się, że jesteśmy dobrze zorganizowani na przepaku. Tomek poleciał po worki, a ja stałem za uzupełnieniem napojów. Szybka rozmowa z Tomkiem, ocena stanu sytuacji, uzupełnienie żeli, zabranie kijów i ruszamy dalej ! Zero zbędnych czynności. Patrzę na zegarek i okazuje się, że siedzieliśmy na przepaku… 20 minut ! Ale jak to ! 20 minut ?! Przecież dopiero wbiegliśmy ! No cóż, ruszamy dalej na kolejny etap naszej przygody – do Smereka !

Z Cisnej na dalszą część trasy prowadziła kładka nad rzeką, a tuż za nią, kilkukilometrowe podejście na Małe Jasło…. c.d.n.

Ciąg dalszy znajdziecie TUTAJ

Brak komentarzy

Liczba komentarzy