SilesiaRunner.pl | XV Bieg Rzeźnika – cz. 2
806
post-template-default,single,single-post,postid-806,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,qode_grid_1300,hide_top_bar_on_mobile_header,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-13.8,qode-theme-bridge,disabled_footer_bottom,wpb-js-composer js-comp-ver-5.4.7,vc_responsive

XV Bieg Rzeźnika – cz. 2

Zapraszam na 2 część relacji z XV Biegu Rzeźnika. Część pierwszą znajdziecie TUTAJ.

Z Cisnej na dalszą część trasy prowadziła kładka nad rzeką, a tuż za nią, kilkukilometrowe podejście na Małe Jasło. Podejście to charakteryzował jeden nowy element – było największe do tej pory ! Z ziemi wystawały korzenie drzew, stromo jak cholera i sznur „biegaczy” wspinających się na szczyt. Po ok. 2 kilometrach, zauważyłem Piotrka, który schodził na dół z zakrwawionym kolanem. Okazało się, że przewrócił się, nabawił kontuzji i dla niego Rzeźnik się skończył. Dominika kontynuowała bieg samotnie, z pewną dyskwalifikacją na mecie. Była gdzieś tuż przed nami…

Tomek zapytał „zgadnij która jest godzina ?”,
odpowiedziałem „nie wiem – dziesiąta ?”
Tomek roześmiał się głośno – „siódma czterdzieści”...

Wspinaczka trwała dalej. Co jakiś czas musiałem przystawać, zmuszając Tomka do przymusowej pauzy. Nogi zaczęły mocno dawać się we znaki. Zacząłem doceniać kije, które mocno pomagały mi we wspinaczce. Ktoś z przodu krzyknął: „a co ten orszak taki żałobny ?” i zaczął śpiewać jakąś górską piosenkę, której treści nie znałem. Za nim kilku biegaczy zaczęło razem śpiewać, nadając trochę kolorytu tej… drodze krzyżowej. Co chwila ktoś siadał na kamieniu, ktoś opierał o drzewo, a jeszcze ktoś inny z miną rezygnacji rzucał przekleństwami pod nosem. Kilometry tak, jakby przestały kręcić do przodu. Czas zwolnił… Co jakiś czas Snickers, Mars i batony energetyczne. Do tego żele, magnes i sól. To wszystko zapijane wodą lub colą, którą napełniłem jeden z dwóch softflasów w Cisnej. Po blisko 6 godzinach od nocnego startu, z mocno zajechanymi nogami, gdzieś na 45 kilometrze biegu, teren zaczął się wypłaszaczać. Zaczęliśmy z Tomkiem bieg, przeplatając go z marszem na podbiegach tak, aby w jak najmniejszym stopniu męczyć i tak sponiewierane organizmy. Do tego pogoda… Żar zaczął lać się z nieba. O ile w zalesionych miejscach na podejściach było w miarę chłodno, o tyle na zbiegach – w miejscach na szczycie Jasła – słońce smażyło niesamowicie.

Marzyłem już o tym, żeby dobiec do Smereka. Przymusowa toaleta w lesie przysporzyła mi dodatkowej przygody – o mało nie spadł bym ze skarpy wskutek złamanej gałęzi, wyznaczając nowy, brązowy szlak. Szczegóły zachowam dla siebie, a Was pozostawiam z własną wyobraźnią. Tomek, tak jakby zaczął coraz bardziej kuleć, ale wolałem go już nie pytać co dalej. Od 45km zaczął się zbieg. Początkowo leśno-górską trasą a następnie drogą szutrową. Jak się okazało później, była to Droga Mirka, która wydawała się nie mieć końca. Za każdym zakrętem kryła się nadzieja, że jest tam punkt kontrolny w Smereku. Okazywało się, że niestety… dalej droga szutrowa. Lekkim truchtem podążaliśmy jej szlakiem – obok siebie, dyskutując o naszych samopoczuciach itp. Nasze nastawienie nie napawało optymizmem przed dalszą częścią trasy. W pewnej chili ukazał się… punkt kontrolny w Smereku – nareszcie ! Temperatura wydawała się być tropikalna. Zjadłem batona, napiłem się, wzięliśmy swoje worki z przepaku i usiedliśmy na trawie. Czas mieliśmy świetny, bo średnie tempo wynosiło ok. 9 min/km i mieliśmy spory zapas na dalszą część. Mogliśmy tak naprawdę pokonać ją marszem, mieszcząc się w limicie. Spojrzeliśmy na siebie z Tomkiem i wtedy wszystko stało się jasne… Podjęliśmy wspólną decyzję o zakończeniu Biegu Rzeźnika właśnie tam, w Smereku, na 50 kilometrowym odcinku trasy. Na 7 godzinach i 46 minutach morderczej walki z trasą. Poddaliśmy się.

Zapytałem Tomka – „Na pewno ?”
Odpowiedział – „Tak”

Wyciągnąłem rękę i przybiliśmy pionę. Ktoś podszedł do mnie, czy nie wymienię swojego magnezu na żel – oddałem wszystko co miałem, nie biorąc nic w zamian. Poprosiliśmy kierowcę jeepa, który transportował worki z przepakami, czy nie zabrał by nas do Cisnej. Zgodził się. Po blisko 20 minutach, byliśmy na miejscu… Pokonani przez Rzeźnika. Weszliśmy na linię mety koszmarnie zmęczeni i otworzyliśmy po butelce piwa. Podszedł do nas Mirek Bieniecki i pogadał z nami. Posiedzieliśmy chwilę, poczekaliśmy na Dominikę aby jej pogratulować samotnego biegu i wyruszyliśmy na zasłużony odpoczynek. Po drodze pojechaliśmy na obiad do przydrożnej karczmy, gdzie nad kotletem nie potrafiłem opanować zamykających oczu ze zmęczenia. Dalszą część trasy samochodem na miejsce naszego kwarterunku prowadził Tomek. Szybka kąpiel i zapadliśmy w zasłużony sen… Obudziliśmy się w sobotę rano. Spakowaliśmy i pojechaliśmy jeszcze do Cisnej, a stamtąd do domu.

Czy długo rozmyślałem o tym, czy podjęliśmy słuszną decyzję ? Dlaczego nie kontynuowaliśmy biegu pomimo takiego zapasu czasu ? Otóż odpowiedź jest jedna – bo wspólnie podjęliśmy taką decyzję ! Świadomie, bez nacisku, patrząc 3 kroki na przód. Nie ulega wątpliwości że dalibyśmy radę pokonać pozostałe 30km. Jednak jakim dodatkowym nakładem sił ? Chcieliśmy przeżyć przygodę, jednak nie bez względu na wszystko. Zdrowie, którego potrzebujemy przed maratońskimi startami jest ważniejsze. Ponadto obiecaliśmy sobie z Tomkiem, że nie zostawimy Rzeźnika z wygraną i w przyszłym roku… wyrównamy rachunki.

Brak komentarzy

Liczba komentarzy