SilesiaRunner.pl | 18. PZU Cracovia Maraton
1541
post-template-default,single,single-post,postid-1541,single-format-standard,tribe-no-js,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,qode_grid_1300,hide_top_bar_on_mobile_header,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-13.8,qode-theme-bridge,disabled_footer_bottom,wpb-js-composer js-comp-ver-5.4.7,vc_responsive

18. PZU Cracovia Maraton

Ostatni diament w Koronie Maratonów Polskich – 18. Cracovia Maraton – jeden z moich docelowych startów w 2019r. do którego przez ostatnie ok. 20 tygodni solidnie się przygotowywałem. Chęć poprawy swojej życiówki z Wrocławia (relację możecie przeczytać TUTAJ) miałem ogromną. Czułem się przygotowany do tego startu w 100%. Okres przygotowawczy przebiegł bez większych komplikacji, kontuzji itp. Śmiało mogę powiedzieć, że plan zrealizowałem kompletnie. Po testowym półmaratonie w Dębnie, uznaliśmy z Tomkiem (www.johnnierunner.pl), że pobiegnę na złamanie 3:05, czyli w średnim tempie ok. 4`23/km.

Do Krakowa przyjechałem z rodziną w sobotę. Szkoda że maraton nie odbywał się tego dnia, bo pogoda sprzyjała maratończykom – zaciągnięte niebo chmurami, temperatura ok. 13 stopni, prawie bezwietrznie. Od razu pojechaliśmy do Biura zawodów odebrać pakiet startowy. Tam spotkałem Rafika i Marka, którzy tego dnia wieczorem, zmagali się z nocnym biegiem na 10km. Kilka zdjęć, rundka po expo i pojechaliśmy na obiad, a stamtąd do hotelu. Stosunkowo późno wylądowałem tego dnia w łóżku, analizując raz jeszcze profil trasy, oglądając filmiki z wcześniejszych edycji – emocje rosły…

Nazajutrz przywitała mnie deszczowa aura. Standardowe śniadanie na 3 godziny przed startem i uberem pojechaliśmy w okolice krakowskiego rynku. Ku mojemu zdziwieniu, na rynku było bardzo mało ludzi. Place zabaw dla dzieciaków oraz inne atrakcje dostępne dnia wcześniejszego zniknęły – pogoda zapewne pokrzyżowała plany. Udaliśmy się w kierunku kawiarni Starbucks, aby na czas moich zmagań Ola z dzieciakami miała gdzie zakotwiczyć. Okazało się, że ekipa #maratonzycia, postanowiła mnie wspierać w finalnym starcie po Koronę Maratonów Polskich i w składzie Patrycja, Magda, Marek i Piotrek, pomimo niekorzystnej pogody przyjechała do Krakowa. Motywacja rosła. Na 5 minut przed startem, stałem w pełnej gotowości na linii startu. Punkt 9:00 – 3…2…1… Start !

Od samego początku wypatrywałem Ziemka, który tego dnia również celował w podobny jak ja wynik, jednak bezskutecznie. Pierwsze 5km zacząłem ciut szybciej niż zakładałem. Czas na tym kilometrze wskazał 21:24. Chwilkę później, usłyszałem za sobą Szymona, który atakował tego dnia 3 godziny. Przywitanie, powodzenia i poszedł przed siebie. Od startu miałem świetne samopoczucie, jednak nie dawałem się ponieść emocjom – nie tym razem, pomyślałem. Deszcz zaczął jakby coraz mocniej padać. Profil trasy był mega sprzyjający, więc pamiętając założenia przedstartowe, pozwalałem grawitacji na pomoc. 10 kilometr minąłem z czasem 42:53 na Garminie, jednak do znacznika kilometra miałem jeszcze 190 metrów, więc oficjalny czas na tym dystansie 43:42, czyli w zakładanym tempie 4`22/km. Swoją drogą nie wiem skąd tak duża rozbieżność skoro byłem przekonany o pokonywaniu trasy najbardziej optymalnym torem, jednak pamiętając moje wcześniejsze starty, byłem pewien że Garmin szaleje. Zlapowałem zegarek zgodnie ze znacznikiem i ruszyłem dalej. Starałem się znaleźć jakiegoś „zająca”, który będzie biegł w moim tempie, aby schować się za nim w momentach silnego wiatru. Swoją drogą przemoczone spodenki, koszulka + zimny wiatr, niestety nie były niczym przyjemnym tego dnia. Od ok. 15km poczułem czyjś „oddech” na plechach. Spojrzałem i okazało się, że sam jestem zającem, jednak nie przeszkadzało mi to w ogóle. Zapytałem się na jaki czas biegnie i usłyszałem, że wszystko poniżej 3:15 bierze w ciemno…

Połowę dystansu minąłem z czasem 1:32:10, więc zgodnie z planem biegłem na finalny wynik poniżej 3:05. Starałem się trzymać w miarę równe tempo i nie dać się porwać emocjom. Na ok. 24km w ruch poszedł drugi żel. Czułem się perfekcyjnie – tylko ten deszcz… W dalszym ciągu towarzyszył mi mój „oddech na plecach”, dzielnie trzymając moje tempo. Na 25km poczułem rwanie mięśni czworogłowych ud. Nie był to rodzaj bólu uniemożliwiającego kontynuację, a bardziej dyskomfort. Wtedy już wiedziałem, że startowe spodenki tego dnia, nie zdadzą egzaminu. Odkryte mięśnie ud, deszcz + wiatr zrobiły swoje. Nie przejąłem się tym zbytnio i kontynuowałem swój bieg. Trasa jak dla mnie była idealna – płaska z delikatnymi zakrętami, umożliwiającymi równy bieg. Na 30km mój Garmin pokazał czas 2:11:20, czyli realizacja 100%. Wiedziałem, że prawdziwy maraton teraz się zacznie. Spojrzałem za siebie – moje kompana podróży niestety już nie było…

Do 35km miałem wrażenie, że tego dnia mogę przenosić góry. Mijałem biegaczy, których trudy trasy dały się we znaki. Na tych ostatnich 5 kilometrach, wyprzedziłem aż 9 zawodników ! Jednak od tego kilometra dla mnie zaczęła się walka o wynik. 36 i 39 kilometr przywitały mnie podbiegami, które pokonałem w średnim tempie ok. 4`40/km, jednak zwolniłem na nich świadomie, z obawy o końcówkę maratonu, która zapowiadała się najciężej z całego dystansu. Tak też było – 41 kilometr, to mocny podbieg na Wawel. Deszcz + kostka brukowa nie pomagały. Skupiłem się na tyle, że o mało nie zauważyłem Marka stojącego po drugiej stronie ulicy i krzyczącego „Dawaj !”. 42 kilometr, dalej podbieg, dalej walka. Mijałem zawodników, którzy walczyli o swój finisz. Na tych dwóch kilometrach, udało mi się wyprzedzić ich aż 7. Kiedy zobaczyłem metę i niebieski dywan pomyślałem, że odpalę na maxa i dogonię ostatniego uczestnika, którego wyprzedzę tego dnia. Kiedy chłopak się zorientował, że zaczynam mocny finisz, dokręcił tempo, a ja już nie miałem siły walczyć o 1 oczko w rankingu. Linię mety minąłem z czasem 03:07:33, finalizując tym samym podróż po ostatni diament do Korony Maratonów Polskich !

Na mecie czekał na mnie Ziemek, który finiszował blisko 3,5 minuty przede mną, przyjaciele i rodzina. Byłem równie szczęśliwy co wyziębiony. Po zatrzymaniu, trzęsłem się jak galareta. Dopiero gorąca herbata i posiłek postawiły mnie na nogi. Po żadnym z dotychczasowych maratonów nie czułem takiego bólu zarówno ud jak i łydek. Cieszyłem się… Bardziej z nowej życiówki poprawionej o blisko 5 minut, aniżeli ze zdobycia Korony Maratonów Polskich. Nie pobiegłem poniżej 3:05 jak planowałem, ale czułem i wiedziałem, że tego dnia dałem z siebie wszystko.

Masa refleksji, ogrom zebranego doświadczenia, wiele wspaniałych osób. Z takim bilansem kończę swoją przygodę w drodze po Koronę Maratonów Polskich !

56 total views, 2 views today

Brak komentarzy

Sorry, the comment form is closed at this time.