SilesiaRunner.pl | 36. PKO Wrocław Maraton
854
post-template-default,single,single-post,postid-854,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,qode_grid_1300,hide_top_bar_on_mobile_header,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-13.8,qode-theme-bridge,disabled_footer_bottom,wpb-js-composer js-comp-ver-5.4.7,vc_responsive

36. PKO Wrocław Maraton

9września 2018r. brałem udział w 36. PKO Wrocław Maraton. Był to mój drugi w tym sezonie start docelowy, do którego przygotowywałem się przez ostatnie 4 miesiące, a zarazem najważniejszy w mojej dotychczasowej przygodzie biegowej. Poniżej przedstawiam Wam relację ze zmagań na królewskim dystansie, w drodze po 3 diament w Koronie Maratonów Polskich.

Do Wrocławia wyjechałem z rodziną już w piątek. Nocleg miałem zarezerwowany od dawna, więc lokalizacyjnie było idealnie – niespełna 2 kilometry od startu. Ostatni tydzień przed maratonem, dałem sobie minimalny limit snu 8 godzin i wykonałem go w 100%. W sobotę z samego rana wybrałem się z rodzinką do biura zawodów, odebrać pakiet startowy, a stamtąd na mój ostatni, węglowodanowy obiad przed maratonem. Wieczorne przygotowanie wszystkich rzeczy, ostatni rzut okiem na trasę i w łóżku wylądowałem o ok. 22:00.

W dzień startu, budzik zadzwonił o 5:45. Wstałem z łóżka w miarę wypoczęty i zrelaksowany. Zgodnie z planem, o godz. 6:00 śniadanie, na które składały się dwie kanapki ciemnego pieczywa wieloziarnistego z dżemem, banan + mocna, biała kawa z cukrem. Sprawdziłem pogodę za oknem, ale zapowiadanych opadów niestety nie było widać ani teraz, ani w prognozie na najbliższe godziny. Po drodze na stadion, zadzwoniłem do trenera – Tomka Janusza (www.johnnierunner.pl), po ostatniego kopa motywacyjnego oraz omówienie strategii biegu. Napięcie i adrenalina zaczęła we mnie rosnąć. Kiedy dotarliśmy w okolice stadionu, spojrzałem na zegarek, a tam… 8:20. Muszę się przecież jeszcze rozgrzać, przebrać, udać do swojej strefy czasowej itp. Zostawiłem wszystko Oli i w dresie pobiegłem na rozgrzewkę, która składała się z 2km biegu, podczas których wykonałem dynamiczne rozciąganie. Kiedy wróciłem, Ola czekała już z przygotowanym zestawem startowym. Szybko się przebrałem, mała nerwówka z mocowaniem numeru startowego i biegiem na start. Spojrzałem na zegarek – 8:50 ! Przebiegłem przez mostek, wzdłuż całego stadionu i przepychając się pomiędzy zawodnikami w swoich strefach, dotarłem do… pierwszej linii. 30 sekund później, odliczanie od 10 i START ! Ruszyłem na swoją kolejną przygodę na królewskim dystansie – 36. PKO Wrocław Maraton !

Strategia na te zawody zakładała najbardziej optymistyczny wariant, który zdecydowałem się realizować, czyli bieg w średnim tempie 4`27/km, co dawało na mecie wynik na poziomie poniżej 3:08. Oczywiście strategia ta zakładała również spełnienie szeregu innych warunków, takich jak warunki pogodowe, dyspozycja dnia, samopoczucie, trasa itp. Bez względu na wszystko – postanowiłem zagrać Vabank, w myśl zasady:

„Podejmij ryzyko – jeśli wygrasz będziesz szczęśliwy,
jeśli przegrasz, będziesz mądrzejszy”

, a po ostatnim moim maratonie w Dębnie (relację możecie przeczytać TUTAJ), z pewnością byłem mądrzejszy !

Od startu zauważyłem, że biegnie mi się bardzo luźno, bez przepychanek, walki o pozycję itp. Chwilę później uświadomiłem sobie, że przecież to mnie będą wyprzedzać, bo startowałem z pierwszej linii. Niemniej jednak odczuwałem ogromny komfort biegu, gdzie mogłem wybierać najbardziej optymalny tor. Pierwszą piątkę przeleciałem nawet nie wiem kiedy, w czasie 22:04, niemal identycznie jak we wskazaniu mojego GARMINA. Wiedziałem, że biegnę szybciej niż planowałem, a bazując na zdobytym doświadczeniu wiedziałem, że dobrze mieć lekką nadwyżkę, która skoryguje rozbieżność pomiędzy zegarkiem a atestowaną trasą. Samopoczucie i komfort biegu był idealny, ale czemu tu się dziwić – przede mną było tylko ponad 200 biegaczy, a za mną ponad 5000, tak więc w miarę luźna trasa przede mną i koło mnie. Biegłem stałym tempem, zaliczając kolejne dwa punkty nawadniania, gdzie za każdym razem zgarniałem po dwa kubki wody – wiedziałem, że na izo przyjdzie czas później. Średnie tempo na zegarku pokazywało 4`24, więc wiedziałem, że powolutku będę musiał stabilizować tempo do założonego 4`27/km. Przed 10 kilometrem lekko się zdziwiłem, bo zegarek zakomunikował mi osiągnięcie 10 kilometra jakieś 130 metrów przed flagą wskazującą przebycie tego dystansu oraz punktem kontrolnym pomiaru czasu… Wg Garmina czas to 43:54, a wg trasy 44:30 ! Co jest – pomyślałem ?! Przecież różnica to 36 sekund, a to ponad 130 metrów, niemożliwe ! – przeliczyłem i przeklinałem w myślach… Sprawdziłem opaskę z międzyczasami, a tam… 44:30, tak więc to co wg zegarka ugrałem na pierwszej ćwiartce maratonu okazało się fałszem i szybko sprowadziło mnie na ziemię. Na szczęście nie przejąłem się tym zbytnio bo i tak moje „oficjalne” tempo było zgodne z założeniami.

Temperatura powietrza zaczęła rosnąć, a słońce zaczęło dawać się we znaki. Mój mało spotykany cel na wynik 3:08 sprawił, że pozostałą część dystansu pokonywałem sam. Dalej robiłem swoje walcząc z wiatrem, co jakiś czas wyprzedzając biegaczy, którzy przeszarżowali z tempem.

Na 13 kilometrze wchłonąłem pierwszy żel, który udało się popić wodą na najbliższym punkcie nawadniania. 15 kilometr minąłem z czasem 1:06:44, czyli o… 1 sekundę szybciej niż założenia ! Garmin miał już rozbieżność 57 sekund. W okolicach 17 kilometra spotkała nie niespodzianka. Otóż dobiegając do skrzyżowania usłyszałem głośne okrzyki – „dawaj Tomek !” Chwila dezorientacji, po której podbiega do mnie… Ola i krzyczy, że wypożyczyła rower i jeździ po trasie maratonu. Podała mi izotonik i dała motywacyjnego kopa na resztę biegu.

Powoli zbliżałem się do dystansu półmaratonu. Temperatura względem startu wzrosła o 4 stopnie czyli wynosiła ok. 23 kreski ponad zerem, jednak nie stanowiło to dla mnie większego problemu. Biegło mi się dosyć lekko. Punkt kontrolny z pomiarem czasu na połowie dystansu minąłem z czasem 1:33:47, czyli idealnie w punkt założeń. Na ok. 23 kilometrze poszedł w ruch drugi żel. Miałem wrażenie, że wiatr jakby się wzmógł, albo moja walka z nim przez wcześniejsze kilometry wraz z narastającym zmęczeniem, dała mi to odczuć. Szukałem jakiegoś „zająca” przed sobą, jednak jak już się kogoś uczepiłem, to po krótkiej chwili okazywało się, że biegnie dużo wolniej od mojego tempa i „puszczałem” go. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że biegnie za mną od dłuższego czasu „ktoś”, dla którego to ja byłem zającem. Pomyślałem, że w miarę przypływu zmęczenia, będę się starał odmienić tą rolę i ten „ktoś” pociągnie nas dalej. 25 kilometr z realizacją założeń na 100%, czyli czas 1:51:11 – 4 sekundy szybciej. Jest dobrze. Zbliżał się 30, magiczny kilometr. To od tej pory zacznie się prawdziwy maraton – pomyślałem. Punkt pomiarowy minąłem z czasem 2:13:58. Wiedziałem, że już niedaleko ale z drugiej strony miałem świadomość, że jeszcze wszystko mogę zepsuć, co do tej pory ugrałem. Na ok. 32 kilometrze wciągnąłem 3 żel, spojrzałem na czas, który pokazywał 2:22:28. Już wtedy wiedziałem, że życiówkę na Królewskim Dystansie mam w kieszeni, że teraz już nie powtórzy się kryzys z Dębna i mam jeszcze siły do walki o czas. Tak więc walczymy !

No właśnie… Dębno… W moje głowie ostatnie kilometry tego kwietniowego dramatu… Czy skurcze, które sponiewierały mnie tam, mogą się tutaj powtórzyć ? Jestem tak blisko celu, do którego przygotowywałem się przez ostatnie miesiące. Walczyć zaciekle o najlepszy wynik za wszelką cenę, czy kontrolowanie kręcić dobry czas z uśmiechem na twarzy ? Nie zastanawiałem się zbyt długo. Zmęczenie rosło wraz z temperaturą i postanowiłem cieszyć się z ukończenia tych zawodów w dobrym, satysfakcjonującym mnie czasie. A jaki on będzie ? Już wiedziałem że bez względu na wszystko – dobry. Kilometr za kilometrem konsekwentnie pokonywałem w samotności. Na 37 kilometrze, Ola sprawiła mi kolejną niespodziankę – znowu nie wiadomo skąd zjawiła się obok mnie z izotonikiem ! Naprawdę dodała mi skrzydeł. Sukcesywnie wyprzedzałem innych zawodników, których trudy dystansu i pogody zdawały się pokonywać wraz z upływem czasu. 40 kilometr minąłem z czasem 3:01:48, czyli blisko 4 minuty po założonym czasie, ale wg Garmina w dalszym ciągu walczyłem o złamanie 3:10 ! I taki cel postanowiłem sobie na ostatnie 2 kilometry, gdzie wyprzedziłem – jak się okazało później – jeszcze 8 zawodników ! Minąłem znacznik 42 kilometra, wbiegłem na bieżnię Stadionu Olimpijskiego i z czasem 3:12:12, z uniesionymi rękami w geście triumfu, przekroczyłem linię mety. Garmin pokazał dystans 42,72km, czyli blisko 500m więcej, a czas dystansu maratońskiego… 3:09:51 ! Odebrałem medal i wspólnie z moim kompanem biegu, z którym jak się okazało przebiegłem blisko 40 kilometrów, a który zachował więcej sił i finiszował przede mną, pogratulowaliśmy sobie dobrych zawodów. Za linią mety czekała na mnie Ola, która na swój sposób przeżywała ten mój maraton, podróżując z poznanymi ludźmi rowerem po Wrocławiu.

Czy mogłem dać z siebie więcej ? Oczywiście że mogłem powalczyć z „krwią na zębach”, ale bez gwarancji satysfakcji na mecie. Czy wybrałem słusznie ? TAK ! Czy wykorzystałem swoją szansę na maxa ? Uważam, że dałem z siebie tyle, aby być z siebie dumnym i powiedzieć, że to był spokojny, kontrolowany bieg bez niespodzianek (no może poza tymi, które zafundowała mi Ola 😊). Mój czas dał mi 137 miejsce OPEN oraz 53 w kategorii. Poprawiłem swoją życiówkę na królewskim dystansie o ponad 8 minut, a co najważniejsze – zbliżyłem się do magicznej bariery 3 godzin, do których zmierzam.

Pragnę podziękować wszystkim osobom, które przyczyniły się do mojego sukcesu, a w szczególności mojemu trenerowi – Tomkowi Januszowi (www.johnnierunner.pl) za perfekcyjne przygotowanie trenerskie, dietetyczne, instruktorskie, bez którego nie miał bym drogowskazów treningowych, Leszkowi Simiłowskiemi za opiekę fizjoterapeutyczną, który z każdej, nawet drobnej kontuzji potrafi mnie wyciągnąć, a przede wszystkim mojej żonie i dzieciakom, za możliwość spełniania się w mojej pasji, za wsparcie na każdym etapie mojego rozwoju i za wszystkie godziny treningu, w których nie było mnie z Wami.

Do zobaczenia 14 października w Poznaniu, w drodze po czwarty, przedostatni diament w Koronie Maratonów Polski ! Trzymajcie kciuki !

3 komentarze
  • Karol Maciaszczyk
    Posted at 22:54h, 30 września Odpowiedz

    Całkiem konkretna relacja. Bieganie to pozornie prosta sprawa ale jeśli w grę wchodzi maraton to już musimy zaangaźować i zmusić nasze ciało do maksymalnego i długotrwałego wysiłku. W takim momencie zadanie ułatwia dobry kompan biegu który trzyma tempo. Fajnie było poznać. Rozwijaj swoje umiejętności bo widać masz talent.

    • Opuszi
      Posted at 00:12h, 01 października Odpowiedz

      Dziękuję Karol. Mnie również miło było poznać. Do zobaczenia gdzieś na biegowych szlakach 😉

  • SilesiaRunner.pl | Podsumowanie września & października 2018
    Posted at 11:01h, 15 listopada Odpowiedz

    […] start jesienny – 36. PKO Wrocław Maraton (relację z tego startu możecie przeczytać TUTAJ). W czasie tym, starałem się słuchać swojego  organizmu wiedząc, że teraz już tylko mogę […]

Liczba komentarzy